Quantcast
Channel: zRYSIOwana ja
Viewing all articles
Browse latest Browse all 1083

"Książę z lawendowych pól", fanfik autorstwa Kate. Część 19.

$
0
0
Notka: Autorem tego opowiadania jest Kate, która publikuje swoje opowieści na Wattpad. Prace Kate znajdziecie tutaj. Opowieść zainspirowana jest postacią Johna Standringa granego przez Richarda Armitage’a w serialu „Sparkhouse" polski tytuł ”Dom na wrzosowisku” i nie ma na celu naruszenia praw autorskich. Opowieść zawiera treści erotyczne, więc jeśli nie macie skończonej odpowiedniej ilości lat (to jest 18 lat) aby czytać takie teksty, to proszę nie czytajcie dalej.
---------------------

Poprzednia, osiemnasta część tutaj


Obudziłam się nagle, przerażona. Coś mi się śniło, ale już po przebudzeniu nie potrafiłam przypomnieć sobie, co to było. Musiało być to coś nieprzyjemnego… W pokoju panowała ciemność, ale leżałam w łóżku sama… Poczułam strach i smutek. Jak John mógł mnie zostawić, gdzie był!? Spałam dość długo, bo była już jedenasta wieczorem, ale powinien być obok mnie… Zerwałam się na równe nogi i zbiegłam na dół. Pusto… Na stole w pokoju leżał plik pieniędzy. Przeliczyłam je – skąd i na co Johnowi potrzebne było dwa tysiące funtów!? Wyszłam przed dom, w nadziei że tam będzie, ale także nic… Poczułam się oszukana i opuszczona. Jak mógł w takiej sytuacji gdzieś sobie wyjść…? Nie rozumiałam tego, byłam zła i rozczarowana, ale musiałam go znaleźć. Nie potrafiłam sobie sama poradzić. Narzuciłam na siebie kurtkę, zamknęłam drzwi na klucz i poszłam do jego domu. Nie myliłam się – w oknach widziałam, że w środku pali się światło. Byłam naprawdę rozczarowana; czyżby uciekł przede mną? Uciekł przed odpowiedzialnością, przed rozmową ze mną? A może nie chciał na mnie patrzeć, na kobietę, która poroniła jego dziecko? Poczułam się strasznie. Weszłam tam, a on siedział na krześle, ukrywając twarz w dłoniach.
- John… Zostawiłeś mnie – powiedziałam od razu oskarżycielskim tonem – Dlaczego?
- Katie, nie wiedziałem, że się obudzisz…
- Gdybyś wiedział, zmusiłbyś się do zostania?
- O czym ty mówisz? – spojrzał na mnie; dopiero zauważyłam zaczerwienione i zapuchnięte oczy, ale oczywiście w tym momencie liczyło się to, że to JA jestem pokrzywdzona, nie on.
- Zostawiłeś mnie! – krzyknęłam – Dobrze wiedziałeś, że cię potrzebuję! Ale ty poszedłeś sobie, zostawiłeś mnie samą… Jestem teraz mniej wartościowa, co? Straciłam twoje dziecko. Nie możesz na mnie patrzeć, bo przypominam ci to, jak bardzo cię zawiodłam.
- Proszę cię, przestań tak mówić…
- A ty przyznaj się wreszcie! Udawałeś przed moimi rodzicami, a tak naprawdę nie chcesz mnie już!

- Katie – John wstał z krzesła i podszedł do mnie – Przyszedłem tu tylko po kilka ciuchów. U ciebie nadal nie mam wiele, a chciałem wziąć coś na zapas, żeby nie zostawiać cię w najbliższych dniach ani na chwilę – wyjaśnił cierpliwie – Jak możesz myśleć, że cię nie chcę?
- Nie było cię przy mnie, kiedy się obudziłam – szepnęłam z oczami pełnymi łez – Przestraszyłam się…
- Uspokój się. Nic złego się nie dzieje, wyszedłem tylko na moment, miałem nadzieję że się nie obudzisz. Wiesz, że nie zostawiłbym cię nigdy.
- Boże… Myślałam, że ty…
- Kate, na Boga, jesteś teraz moim priorytetem! Zawsze byłaś, ale dziś… Nie miałbym serca cię zostawić, bo chyba bym oszalał z rozpaczy bez ciebie. Posłuchaj, ja też cierpię, to również dla mnie nie jest łatwe, i też cię potrzebuję. Nie myśl, że spłynęło to po mnie jak po kaczce, że nie mam uczuć i że jestem ze stali. Mocno mną to wstrząsnęło, ale…
- John, poczekaj, muszę cię przeprosić – powiedziałam, czując złość na samą siebie – W tym wszystkim skupiłam się tylko na sobie. Robię z siebie ofiarę, a przecież ty cierpisz tak samo, jak ja. Tak strasznie mi głupio…
- Nie, to nie tak. Usiądźmy i porozmawiajmy, bo mamy o czym.
John usiadł na kanapie, sadzając mnie na swoich kolanach. Przytulił się do mnie mocno i chwilę tkwiliśmy tak w totalnej ciszy. Łzy leciały nam obojgu, ale żadne z nas nie wstydziło się ich. Byłam wstrząśnięta tym wszystkim. Przecież John potrzebował mnie w tej chwili tak samo mocno, jak ja potrzebowałam jego!
- Kochanie, jest mi tak samo ciężko, jak tobie – wyznał – To było nasze dzieciątko. Naprawdę chciałem je mieć, wiesz, jak się cieszyłem, kiedy mi powiedziałaś. Ale musisz wiedzieć jedno. Kiedy zobaczyłem cię dziś popołudniu nieprzytomną, kiedy zobaczyłem krew… Wiesz, jak się przestraszyłem? Bałem się, że umrzesz, naprawdę, to może się wydawać chore, ale modliłem się tylko o to, żebyś żyła i była zdrowa. Najczarniejsze myśli przychodziły mi do głowy, i jakkolwiek to brutalnie nie zabrzmi… Gdybym miał wybierać między tym, żebyś poroniła, a odeszła… Wybór byłby prosty. Wolę nigdy nie mieć dzieci, niż miałbym cię stracić. Kate, dla mnie to jasne jak słońce. I błagam cię, nigdy więcej nie mów, że mnie zawiodłaś… Nic takiego się nie stało i nie stanie. Kocham cię jak szalony, niezależnie od tego czy będziesz w ciąży, czy nie. To się po prostu zdarzyło, to nie twoja wina, po prostu twój organizm nie był na to gotowy. Will wyjaśnił mi to, choć ciężko było mi to przyjąć, ten zimny, medyczny ton, ale…
- Wiem, to tylko zarodek – powiedziałam cicho – Ale to już była jakaś część nas. To była cząstka ciebie i cząstka mnie. Skoro nie było w stanie zagnieździć się we mnie, było za słabe, to… Rozumiem, że reakcji organizmu nie da się przewidzieć. Mam do siebie tylko żal o to, że w ogóle powiedziałam ci o tym wczoraj. Że zrobiłam i tobie, i sobie nadzieję. A dziś wszystko prysło. Gdybym ci nie powiedziała, uznałabym to za wyczekiwany, spóźniony okres, i nie byłoby całego tego przytłaczającego ciężaru w sercu. Nie wiedzielibyśmy o niczym i byłoby dobrze.
- Nadal jest dobrze. Mamy siebie. Katie, to nie jest koniec świata, to przykre, ale… Jesteśmy tu razem, i to jest dla mnie najważniejsze. Mówiłem ci, że wolałem żeby to się tak skończyło, niż żebym miał cię stracić, i podtrzymuję to.
- John… Ja cię tak mocno kocham – wtuliłam się w niego – I chyba… Chyba myślałabym na twoim miejscu tak samo. Jestem tego pewna. Wolę mieć ciebie, niż choćby dziesiątkę dzieci, bez ciebie nic nie miałoby sensu. Ale… Gdyby jednak pojawiło się takie malutkie stworzenie…
- Kate, obiecuję ci, że będziemy mieli śliczne dzieci. Choćbyśmy mieli je adoptować. Ale zobaczysz, minie kilka miesięcy i będziesz w ciąży, która zakończy się szczęśliwie. No chyba, że na razie chcesz… Może powinniśmy odpuścić. Poradzić sobie z tym, i dopiero…
- Nie, John. Nie zmieniajmy nic. Chcę żyć, jak dotąd, chcę się z tobą kochać codziennie, i czekać na nasze maleństwo. Lekarz mówił, że to nie powinno mieć wpływu na posiadanie dzieci w przyszłości.
- Ale nie chciałbym, żebyś zagłuszała stratę tej ciąży obsesyjną chęcią bycia w kolejnej – odparł twardo – Wcale nie musimy się spieszyć. Kocham cię tak czy tak, z dzieckiem czy bez, więc…
- Nie mówmy już dziś o tym – przerwałam mu – Jestem zmęczona tym wszystkim.
- Zostaniemy tu? Jest trochę chłodno, ale napalę w piecu i za chwilę powinno być lepiej.
- Dziękuję, John. Za to, że jesteś ze mną – po raz pierwszy tego dnia poczułam się naprawdę dobrze i spokojnie – Rozpal w piecu, a ja pościelę łóżko.
Dom Johna był o tyle komfortowym miejscem, że nie musieliśmy się rozstawać, zawsze jedno miało na oku drugie, a to dlatego, że właściwie miał tylko jeden pokój (po śmierci dziadka na piętrze John urządził sobie graciarnię), gdzie spał, jadł i odpoczywał, a poza tym w rogu stał kaflowy piec. Nie były to może luksusy, ale bardzo mi to odpowiadało, szczególnie teraz, kiedy potrzebowałam jego bliskości. Rozłożyłam kanapę i ścieliłam ją, zerkając, jak John dorzuca do pieca drewna. W międzyczasie ściągnęłam z siebie wszystkie ubrania i otworzyłam szafę Johna, z której wyjęłam jedne z jego bokserek i obszerną, luźną koszulkę z wizerunkiem zespołu Queen. Założyłam je na siebie i stanęłam przed Johnem.
- Nie mówiłeś mi nigdy, że masz taką koszulkę – powiedziałam, kucając tuż przy nim – Mogę?
- Podoba ci się? Jest twoja. Pięknie w niej wyglądasz.
- Daj spokój. Jestem zmęczona i zapłakana. Nie mogę pięknie wyglądać.
- To najwidoczniej jestem ślepy i nieobiektywny – uśmiechnął się – Połóż się, zaraz do ciebie dołączę.
- Zaczekam.
- Mój uparty osiołku…! Dobrze, już kończę. Powinno trzymać ciepło do rana.
Wstał, objąwszy mnie, i poprowadził do łóżka, na którym usiadłam, patrząc, jak John zdejmuje z siebie ubrania. W końcu usiadł obok mnie i westchnął ciężko.
- Wolisz spać od ściany czy z brzegu? – zapytał.
- Od ściany – odparłam – Będę się czuła bezpiecznie. W razie czego będziesz pilnował, żebym nie spadła.
- To wskakuj pod kołdrę.
- John… Obiecaj mi coś.
- Co? – spojrzał na mnie zdziwiony, okrywając nas kołdrą.
- Że wszystko będzie dobrze – szepnęłam.
- Katie… Oczywiście, że będzie. Chodź, przytul się do mnie… Moja mała, dzielna kruszynka. Kocham cię. Tak bardzo, że aż sam w to nie wierzę.
Nachylił się nade mną i mocno pocałował mnie. Brakowało mi tego… Całował mnie zachłannie, choć niespotykanie delikatnie, jakby ważąc każdy swój ruch i każdy dotyk swoich warg. Pieścił moje usta, sprawiając, że zapominałam o wszystkim, czułam zresztą że i dla niego ten cudowny pocałunek jest terapią. Przewróciłam go, tak że teraz to on leżał na łóżku, a ja nachylałam się nad jego twarzą, oddając się przyjemności spotkania z jego czułymi ustami. Całowałam go namiętnie, szaleńczo, aż poczułam spływającą z mojego oka łzę. John poczuł ją również na swoim policzku i odsunął moje usta od swoich. Opadłam na jego pierś i wtuliłam się w niego mocno. John jeszcze szczelniej okrył nas kołdrą i z całych sił trzymał mnie przy sobie.
- Będzie dobrze, skarbie – szeptał – Już jest… A rano będzie lepiej. Zobaczysz.
***
John miał anielską wręcz cierpliwość. Który inny mężczyzna wytrzymałby całą noc bez ruchu, mając na swojej piersi głowę kobiety, której za nic nie może strącić? On jednak trzymał mnie mocno cały czas, i obudziłam się w takiej samej pozycji, jak zasnęłam – wtulona w jego ciepły tors. Jego lewa dłoń tkwiła wpleciona w moje włosy, prawa przytrzymywała moje plecy blisko niego. Otworzywszy oczy, poczułam się szczęśliwa, mając go obok, jednak po chwili przypomniało mi się wszystko, co zdarzyło się dnia poprzedniego. Nie mogę powiedzieć, że się załamałam, ale poczułam ukłucie smutku. Uniosłam głowę i napotkałam jego spojrzenie.
- Nie śpisz już – westchnęłam cicho.
- Pilnuję, żeby nic ci się nie stało – odparł – Jak spałaś?
- Dobrze, nadzwyczaj dobrze… Wyspałam się. Która to godzina?
- Dochodzi jedenasta – uśmiechnął się – Normalnie o tej porze, miałabyś godzinę do końca pracy. A dziś mamy wolne, tylko ty i ja… Zaraz zjemy śniadanie, pojedziemy do Yorku na zakupy, i może zabiorę cię gdzieś jeszcze…
- John, robisz to, bo chcesz, żebym przestała myśleć?
- Robię to, bo cię kocham, i nam się to obojgu po prostu należy. Nie zapomnimy o tym, ale nie znaczy to że powinniśmy zamknąć się w domu i płakać, bo to nic nie da. Będziemy mieli jeszcze wiele dzieci, ale nie teraz. Najwidoczniej było na to za wcześnie. Katie zostawmy to, wydawało mi się że wczoraj omówiliśmy wszystko, nie ma sensu się zadręczać.
- Tak, masz rację. Ale…
- Wystarczy – John poderwał się, usiadł i przyciągnął mnie do siebie – Choć raz w życiu przyznaj mi rację bez swoich „ale” i innych warunków i mądrości. Nie pozwolę ci się zadręczać, rozumiesz?
- Nie chcę się zadręczać, chcę wrócić do normalnego życia.
-Więc przestań myśleć!
- Ale to nie jest takie proste! Jeszcze wczoraj o tej porze… Ty tego nie rozumiesz!
- No jasne! – zdenerwował się – Bo to nie ja miałem być ojcem tego dziecka. Nie rozumiem!
- To nie tak…
- Nie rób ze mnie nieczułego potwora!
Odwrócił ode mnie wzrok. Wiedziałam, że znowu go zraniłam nieprzemyślanymi słowami. Miałam w głowie taki mętlik, że ciągle coś odbierałam nie tak, jak powinnam, mówiłam to, czego nie miałam na myśli… A przecież Johna nie dotknęło to mniej, niż mnie! A dodatkowo musiał stanąć na wysokości zadania i wspierać mnie, być tym silniejszym, rozsądniejszym… Zrobiło mi się strasznie głupio.
- John, przepraszam cię – powiedziałam, odwracając jego urażoną twarz w moją stronę – Proszę, nie gniewaj się. Sama chwilami nie wiem, co mówię…
- Zauważyłem – burknął.
- Nie chcę stracić też ciebie… Nie odsuwaj się ode mnie, nie teraz…
Spojrzał na mnie i zmiękł. Przytulił mnie mocno, całując w czubek głowy.
- Za szybko się zdenerwowałem, kochanie. Powinniśmy oboje bardziej uważać na to, co mówimy.
- Zdecydowanie masz rację – odpowiedziałam, wtulając się w niego – Wyjedźmy stąd. Do Yorku, gdziekolwiek, chcę być tylko z tobą, zrobić zakupy, pochodzić po mieście, tak zupełnie normalnie. Dziś ja zapraszam cię na obiad do restauracji, co ty na to?
- Podoba mi się to, ale… ty zapraszasz, ja płacę.
- Nie ma mowy, skoro ja zapraszam, ja płacę!
- Dobrze. Dam ci pieniądze i zapłacisz – uśmiechnął się bezczelnie – Zadowolona?
- Jesteś okropny!
- Ale nie kłóć się ze mną więcej. I widzisz? Uśmiechasz się do mnie znowu. Taką cię właśnie uwielbiam.
Zwykłymi, prostymi gestami i słowami potrafił wprowadzić mnie w beztroski nastrój, sprawić że byłam odprężona, i śmiałam się, pomimo okoliczności, które nie były zbyt optymistyczne. Ale John umiał też na mnie wpłynąć i wytłumaczyć mi pewne rzeczy w ten sposób, że potrafiłam zrozumieć i pogodzić się z wieloma rzeczami, które bez niego byłyby dla mnie tragedią. Tak było teraz, i za to byłam mu wdzięczna, za to że potrafiłam uśmiechnąć się dzień po stracie ciąży. Jego wsparcie było nieocenione, choć tak naprawdę i on potrzebował wsparcia, ale skupił się na mnie, co było dla mnie dowodem, że jest jedynym na świecie mężczyzną, któremu mogę w pełni zaufać. I bardzo chciałam być tym samym dla niego, musiałam więc zapomnieć o sobie i zatroszczyć się o niego. Miałam nadzieję, że taka obustronna terapia bardzo nam pomoże, i prawdę mówiąc już przynosiła efekty. Z bardziej pozytywnym nastawieniem wyszliśmy z łóżka, by przygotować się do wyjazdu. Poszliśmy jeszcze do mnie, gdzie przebrałam się w cieplejsze ubrania (John kategorycznie zabronił mi ubierania się w cienkie sukienki, a tylko taką miałam schowaną w jego szafie), a będąc w łazience słyszałam, jakby szukał czegoś w szafach, potem wyszedł na chwilę na zewnątrz, ale prawdę mówiąc nie zwracałam na to uwagi. Przecież to tak samo jego dom, jak i mój, miał prawo robić to, na co miał ochotę. Zjedliśmy jeszcze szybkie śniadanie i pojechaliśmy do Yorku. John strasznie wybrzydzał, oglądając kurtki; ta wydawała mu się zbyt kolorowa, ta z kolei skandalicznie cienka, kolejna była za brzydka, jeszcze inna zbyt krótka – nie mogłam powstrzymać śmiechu, gdy sprzedawczyni pytała poirytowana, czy kurtkę kupujemy dla mnie czy dla niego. W końcu jednak znaleźliśmy odpowiednią, która mnie się podobała, a przy tym spełniała wymogi Johna co do grubości i długości. Od razu poprosił sprzedawczynię, by odcięła metki i ubrał mnie w nią, chowając moją dotychczasową, cienką kurtkę do torby. Było o niebo lepiej, w ogóle nie odczuwałam hulającego na zewnątrz wiatru. Zaopatrzywszy się w kurtkę, poszliśmy do sklepu obuwniczego po ciepłe kozaczki – John uparł się, że wybierze mi je sam. Zdałam się więc na jego gust, i wkrótce przekonałam się, że to najlepsze, co mogłam zrobić; wybrał buty odpowiednio ocieplone, ale przy tym zgrabne i ładne, pasujące do kurtki. Miał niesamowite wyczucie. Było mi tylko trochę głupio, że znowu zajmuje się tylko mną, a sobie nic nie kupił.
- Skarbie, może porozglądasz się za czymś dla siebie? – zaproponowałam.
- Mam ciebie, to mi wystarczy – odparł – Zobacz, tu jest sklep z odzieżą. Przydałyby ci się jakieś spodnie, i kilka cieplejszych sweterków i…
- John! Mam w domu ciuchy na zimę. Uwierz mi, że mam kilka par dżinsów i swetry, mam wszystko, czego potrzebuję. Ale podejrzewam, że tobie przydałoby się coś nowego.
- Nie, nie trzeba – powiedział niepewnie – Mam się w co ubrać…
- Tak? Nie wydaje mi się! Kilka starych, pamiętających chyba młodość twojego dziadka swetrów!
- Nadają się jeszcze do noszenia…
- Czyżby?
- Katie!
- John, dbam o ciebie!
- Ale już kiedyś robiliśmy zakupy dla mnie.
- Widocznie zrobiliśmy za mało. Chodź, kupimy tylko jakąś koszulę i wełniany, ciepły sweterek, może dwa… Zrób to dla mnie!
- Taki szantaż jest niedozwolony! – jęknął – Wiesz, że nie umiem ci odmawiać!
- Więc nie odmawiaj. Mnie się nie odmawia.
Pokręcił z rezygnacją głową i wprowadził mnie do sklepu. Wygrałam, dał się namówić. Tym razem to ja wybrałam mu ubrania, na które zgodził się bez większych protestów. Narzekał tylko, że zbankrutuje, jeśli będzie chciał się tak cały czas stroić, ale wiedziałam, że to tylko żarty, bo i tak odwiedzaliśmy same najtańsze sklepy. Cóż, trzeba nauczyć się oszczędzać, kiedy odeszło jedno źródło dochodów… Nie żałowałam jednak decyzji o zwolnieniu się z redakcji. Niczego nie żałowałam, odkąd związałam się z Johnem, tylko jednego… Tego, że ominęło nas szczęście związane z narodzeniem dziecka. Ale mój ukochany miał rację, tłumacząc mi, że to najzwyczajniej nie był ten moment. Mimo wszystko jednak wychodząc ze sklepu, znowu posmutniałam.
- Jestem głodna – powiedziałam, próbując odsunąć od siebie złe myśli – A ty?
- Jak wilk. Gdzie idziemy?
- Na coś niezdrowego. Mam ochotę zjeść trzy hamburgery i frytki, popić colą i utyć ze dwadzieścia kilogramów.
- Oj, nie wiem czy dalej bym cię kochał – John spojrzał na mnie z góry – Kiedy cię pokochałem, byłaś szczupła i lekka jak liść. Nie godziłem się na przybranie wagi, chcę to, co widziałem od początku! Jak przytyjesz choć dziesięć kilo, przestanę nosić cię na rękach!
- Wtedy ja zacznę nosić ciebie! – roześmiałam się – Jesteś podły! Jak można tak mówić do swojej narzeczonej!
- Ale ja wiem, że moja narzeczona wybaczy mi wszystko, i wie, że będę ją kochał nawet, gdyby była rozmiarów wieloryba.
- Na pewno?
- Chodź, idziemy do jakiegoś fast fooda i się przekonasz.
Weszliśmy do jednego z barów i zamówiliśmy górę niezdrowego jedzenia, hamburgery, frytki, zapiekanki, a na deser ogromne lody z bitą śmietaną. Byłam pełna, a John nadal jadł. Taki duży mężczyzna potrzebował dużo jedzenia… Ciekawe, jaki byłby nasz syn. Albo córka… Podobne do mnie, czy do Johna? Czyj miałoby charakter, czyją budowę ciała? Zamknęłam oczy i próbowałam sobie to wyobrazić, ale nagle obraz pękł jak bańka mydlana, pozostała pustka… Poczułam uścisk na swoim nadgarstku.
- Kochanie, wszystko dobrze? – zapytał John.
- Tak, tak – westchnęłam – Smakuje ci?
- Kate, coś jest nie tak. Źle się czujesz?
- Czuję się dobrze. Jedz, bo zaraz wszystko będzie zimne.
- Znowu o tym myślisz – powiedział, odsuwając tacę z jedzeniem na bok – Co mogę zrobić, żebyś choć na godzinę zapomniała?
- Obawiam się, że niewiele – uśmiechnęłam się blado – A ty? Nie myślisz o tym w ogóle?
- Nie da się zapomnieć – przyznał – Ale kiedy jesteś obok, i widzę jak się uśmiechasz, jest dobrze. Wiesz, cieszę się, że nie załamałaś się, że nie płaczesz, tylko starasz się być silna. Nie starasz się, ty JESTEŚ silna, i dzięki tobie ja też sobie radzę.
- Nie chcę płakać, bo to nic nie zmieni – odparłam – I nie chcę robić z siebie ofiary. Nie da się o tym zapomnieć, ale… Trudno. Nie chcę na siłę zapominać, chcę tylko próbować żyć normalnie.
- I to właśnie robimy, Katie. Dlatego proszę cię, zjedz jeszcze frytek, bo ja tego nie wcisnę w siebie. Zamówiłaś tego jak dla pułku wojska!
- Mięczak – wzruszyłam ramionami i w kilkadziesiąt sekund pochłonęłam resztę frytek.
- Moja dziewczynka – John uśmiechnął się promiennie – Kelnerka już niesie nasze lody.
- Uwielbiam lody!
- Wiem, kochanie, wiem to jak nikt inny…
- John!
- Jedźmy już stąd – spojrzał na mnie uwodzicielsko – Nie mogę się doczekać…
- Czego się nie możesz doczekać? Ja czekam na moje lody!
- Ja też, Katie, ja też… Ale nie tu. Zdecydowanie w innym miejscu…
- Jesteś… Jesteś niepoprawny!
- Ja? Ależ skąd! Ja tylko zaplanowałem dzisiejszy wieczór.
- Ciekawe, jak?
- Jedz, to się dowiesz.
Zżerała mnie ciekawość, co też wymyślił John. Wiedziałam, że to coś niesamowitego, że to jakaś specjalna niespodzianka. Ucieszyłam się. Czym prędzej zjadłam lody, które przyniosła mi kelnerka, i wyszliśmy z baru. John nie chciał mi nic zdradzić, nawet kiedy wsiedliśmy do samochodu i ruszył. Widziałam tylko, że nie jedzie drogą, jaką zwykle jechaliśmy do Terrington. On jednak milczał jak zaklęty, albo zbywał mnie. Czekałam więc na to, co się wydarzy. Okazało się, że przerosło to moje najśmielsze oczekiwania… Zatrzymaliśmy się przy niewielkim pensjonacie na uboczu, w cichej, spokojnej okolicy. W jesiennej porze to miejsce wyglądało niesamowicie magicznie, wszędzie dookoła otaczały nas brązowe, czerwone, żółte i rude barwy liści spadających z drzew. Pensjonat był otoczony niewielkim parkiem, przez który przepływała niewielka rzeczka. To było miejsce jak z bajki… Spojrzałam na Johna, jednak on wysiadał już z auta, by otworzyć mi drzwi.
- Jesteśmy na miejscu, proszę pani – powiedział uprzejmie – Jak się pani podoba?
- John, tu jest… Tu jest jak w bajce – odparłam zachwycona – Ale… Czy ty zamierzasz… Zostajemy tu na noc?
- Na noc, na poranek, na obiad, jak długo zechcesz.
- Ale ja w ogóle się nie przygotowałam, nic nie spakowałam, ja…
- Pomyłka, droga pani – John otworzył bagażnik i wyjął z niego walizkę – Wszystko jest tu.
- Jesteś… Jesteś niesamowity! – rzuciłam się mu na szyję – Kocham cię, kocham! Nikt wcześniej nie zrobił mi takiej niespodzianki!
- Cała przyjemność po mojej stronie. Zapraszam do środka.
Weszliśmy do pensjonatu, który był urządzony w starodawnym stylu, ale przez to bardzo romantycznym. Był niewielki, ale uroczy. Czuć było, że to bardzo przyjemne miejsce, i atmosfera była wręcz rodzinna. Uśmiechnięta pani zapytała, czym może nam służyć.
- Dzwoniłem dziś rano i rezerwowałem pokój dwuosobowy z widokiem na park i rzekę – powiedział John, a ja wpatrywałam się w niego z podziwem. Jak on zdołał to wszystko zorganizować!?
- Oczywiście, pokój numer dwadzieścia na samej górze pod dachem, mam nadzieję, że będą państwo zadowoleni. Zaraz przyjdzie do państwa osoba, która zaprowadzi państwa do pokoju i pomoże zanieść bagaże. Życzę miłego pobytu.
- Dziękuję pani bardzo – John uśmiechnął się uroczo i odeszliśmy kawałek dalej – Jak ci się podoba?
- Jest ślicznie! – zachwyciłam się – Nigdy nie byłam w takim miejscu! Czym sobie na to zasłużyłam?
- Hmmm… Powiedzmy, że cię lubię, i to wystarczyło.
W tym momencie podszedł do nas mężczyzna, który wziął naszą walizkę i zaprowadził nas do pokoju. Życzył nam przyjemnego wieczoru i udanego pobytu, po czym zostawił nas. Byłam wniebowzięta, pokój był prześliczny. Skośny sufit nad łóżkiem tylko dodawał mu uroku. Jasne, kremowe ściany pięknie kontrastowały z ciemnymi, mahoniowymi meblami. Na dużym łożu leżała satynowa pościel w głębokiej barwie czerwonego wina, na nocnych szafkach stały lampki, w oknach zasłony, na podłodze dywan – w tym samym kolorze. Na stoliku stał bukiet białych róż. Popatrzyłam na Johna i zauważyłam błysk w jego oku, był z siebie dumny.
- Jest magicznie i bajecznie – powiedziałam – Piękny pokój. Piękne miejsce.
- Popatrz – wskazał ręką na okno dachowe idealnie nad łóżkiem – Będziemy mogli oglądać gwiazdy, leżąc tu wieczorem. A tutaj – podeszliśmy do dużego okna – Jest widok na park i rzekę.
- Boże, John, to najcudowniejsze miejsce, w jakim byłam! Mogłabym tu zostać na zawsze!
- Zostaniemy, ile zechcesz. To co, kochanie, spacer nad rzeką, kolacja, czy chcesz odpocząć…?
- Spacer, zdecydowanie!
Okolica była przecudna. Malowniczy, jesienny krajobraz skąpany w zachodzącym słońcu był jak obrazek z najpiękniejszej bajki. Biegaliśmy wśród drzew, obrzucając się kolorowymi liśćmi, i śmiejąc się jakby nigdy nic złego nam się nie przydarzyło. Czasem smutek na chwilę powracał, ale John od razu to zauważał i przytulał mnie mocno, aż nie mogłam oddychać. W końcu zmęczeni usiedliśmy nad brzegiem rzeki pod dębem. John objął mnie ramieniem i patrzyliśmy, jak leniwie zachodzi czerwone słońce.
- Popatrz, wiewiórki – pokazał na rude zwierzątka skaczące po pobliskim drzewie – Ta mniejsza jest podobna do ciebie.
- Do mnie? W czym? – oburzyłam się.
- Skacze jak szalona i macha kitą jak ty włosami – roześmiał się, skrywając twarz w dłoniach, uchylając się od mojego zamachnięcia się.
- Ty podły gadzie!
- Porównuję cię do piękna przyrody, a ty chcesz mnie bić!?
- Jesteś okropny!
- A ty piękna – odparł, wsuwając nos w moje włosy i robiąc głęboki wdech – Cudownie pachną, jak zawsze… Tobą i wiatrem.
- John…
- Wiesz, że uwielbiam je czuć na całym swoim ciele, kiedy je rozpuszczasz i opadają ci na ramiona, a potem… kiedy nachylasz się i łaskoczą mnie po brzuchu, po szyi, po udach… To jedna z najwspanialszych pieszczot, kochanie.
Patrzyłam w jego roziskrzone oczy, w których odbijało się zachodzące słońce, i przepadłam. Pragnęłam go tak mocno, jak chyba jeszcze nigdy, pragnęłam go teraz, właśnie tego dnia, po tych wszystkich przejściach, chciałam zatracić się w nim i myśleć tylko o nim…
- Wróćmy do pokoju – szepnęłam.
- Teraz?
- Jak najszybciej…
Poderwał się na równe nogi i pociągnął mnie za sobą. Biegliśmy co tchu w stronę pensjonatu, nie oglądając się na nic. Wpadliśmy do środka zmęczeni i zdyszani, kobieta z recepcji patrzyła na nas jak na dwójkę wariatów.
- Czy pomóc państwu w czymś? – zapytała z troską.
- Dziękuję, nie trzeba – odparł John – Idziemy do pokoju.
- W razie potrzeby, proszę jednak zadzwonić…
John nie słuchał już jej, tylko biegł na górę, a ja ledwo za nim nadążałam. Kiedy zatrzasnęliśmy za sobą drzwi do pokoju, nic się już nie liczyło. Pchnął mnie na łóżko, nie bacząc na to że jeszcze mam na sobie buty i kurtkę. Próbowałam się podnieść, ale on już był obok, miażdżąc moje usta. Zdyszani po szybkim biegu, całowaliśmy się bez tchu, tak mocno i gorąco. John szarpał się z zamkiem od kurtki dłuższą chwilę, nie odrywając ode mnie warg; w tym szale ugryzł mnie przypadkiem w usta. Oderwał się ode mnie i spojrzał zamglonym wzrokiem.
- Przepraszam, kochanie – wydyszał, podnosząc mnie i zdejmując mi kurtkę.
- Nie szkodzi, nie przerywaj – odparłam, łapiąc głęboki oddech – Nie przerywaj…
Czułam jego usta wszędzie, gdy zniżał się, by zdjąć mi buty. Zaraz po nich w niepamięć poszły spodnie, bluzka, i już byłam cała jego, naga i niecierpliwa; on sam jakby zapomniał, że sam jest jeszcze kompletnie ubrany, i pieścił mnie pocałunkami wszędzie, gdzie tylko miał ochotę. W końcu odepchnęłam go i sama zajęłam się wyswobodzeniem go z krępujących jego wygłodniałe, rozgrzane ciało ubrań. Dawno już nie pragnęłam go tak mocno i tak szalenie, jak tego dnia. Kiedy wreszcie pod palcami poczułam jego ciepłą, miękką skórę, uspokoiłam się nieco, choć moim ciałem nadal rządziła czysta żądza, która raz po raz wysyłała wyraźne sygnały za pomocą silnych dreszczy. Choć „żądza” chyba nie była w tym przypadku najlepszym słowem. To była ogromna, przejmująca i dotkliwa potrzeba bliskości, takiej totalnej, czułam że nie wystarczy mi zwykłe przytulenie się, że chcę i potrzebuję więcej, o wiele więcej… Że tylko tak mogę poczuć się znowu dobrze i bezpiecznie. Chciałam tylko czuć na sobie jego ciężar, gorąco bijące od niego, to że jest ze mną… Chciałam w ten sposób zapomnieć i nie myśleć. Skupić się na nim, na mężczyźnie, który był dla mnie teraz całym światem.
- Wszystko w porządku? – zapytał, przyglądając mi się uważnie – Jesteś pewna?
Przytaknęłam, a wtedy John złagodniał i zatracił gdzieś wcześniejszą gwałtowność. Delikatnie położył mnie na łóżku i nachylił się nade mną. Objęłam go za szyję i przysunęłam bliżej siebie, oczekując dalszego działania. Wyglądał na niepewnego, jednak po chwili poczułam, jak nasze ciała łączą się ze sobą. Jego pocałunkom nie było końca, usta Johna zwiedzały każdy zakamarek mojej twarzy, szyi, i co chwilę patrzył mi głęboko w oczy, jakby chciał sprawdzić czy wszystko jest dobrze. Jego czułość i powolne, zdecydowane ruchy sprawiały, że czułam rozchodzące się po moim ciele ciepło i błogość, jakbym odpływała w inny wymiar. John dbał o mnie w każdym swoim ruchu, geście, a ja, wiedząc to, czułam niesamowity spokój. Spokój, który rozchodził się po mnie tak samo jak to niesamowite uczucie, które mi dawał. Tym razem nie było ekstatycznie, radośnie, było przyjemnie, ale… Sama nie potrafiłam określić, co właściwie czułam, a czego mi brakowało. Na pewno nie było nam tak, jak zawsze, ale to było potrzebne. Poczułam, że mimo tego, iż w naszym życiu coś się zmieniło, to my musimy iść dalej, nie zmieniać się, i być ze sobą jeszcze bliżej. Kiedy czułam Johna całą sobą tak mocno, intensywnie, kiedy ciężar jego ciała przytłaczał mnie, chciałam by to się nigdy nie kończyło, bo w tym momencie czułam się lepiej. Fizycznymi pieszczotami i bliskością wypełniał tę nienamacalną pustkę w sercu, którą miałam od poprzedniego dnia, i myślę że ja działałam na niego podobnie. Przestał nagle mnie całować, a wtulił twarz w moją szyję, więc przycisnęłam go mocno, oplatając go równocześnie nogami w biodrach, chcąc jak najbardziej przybliżyć się do niego każdym możliwym milimetrem ciała. Wreszcie poczułam tak dobrze znajomy dreszcz, gorąco i… zastygliśmy w jednej pozycji. Przez kilka minut tkwiliśmy tak, nie wymawiając nawet słowa, i nie poruszając się ani trochę. Słyszałam jego nierówny oddech, i czułam go na swojej szyi. W końcu uniósł głowę i spojrzał na mnie.
- Jak się czujesz? – zapytał.
- A ty? – odparłam, złoszcząc się w duchu że znowu pyta o moje odczucia, zamiast pomyśleć o sobie.
- Dlaczego pytasz?
- John! A dlaczego ty pytasz!? Co chwilę zasypujesz mnie pytaniami, czy wszystko dobrze, jak się czuję, a prawda jest taka, że to ja ciebie powinnam pytać, czy czujesz się dobrze, to ja o ciebie powinnam zadbać bardziej!
- Katie… Nie denerwuj się tak. Ja po prostu…
- Przestań już pytać. Było dobrze, kiedy się kochaliśmy, bo nic nie mówiliśmy, nie wracaliśmy do tematu… Po co to robić? Przypominać sobie co chwilę o tym, co było?
- Przepraszam, po prostu martwię się o ciebie – szepnął rozczulająco.
- Nie martw się. Po prostu mnie mocno pocałuj, proszę…
- A mogę cię o coś poprosić?
- O wszystko, misiaczku.
- Czegoś mi brakowało… Było inaczej, niż zwykle – odparł cicho – Spróbujemy jeszcze raz tego wieczoru? Chciałbym, żebyś była zadowolona, a ja chyba nie stanąłem na wysokości zadania…
- John, kochanie… Stanąłeś, i to jak – uśmiechnęłam się lekko – Jest inaczej, bo… my dziś jesteśmy inni, niż jeszcze wczoraj, przedwczoraj. Nic już nie będzie takie samo… Ale jeszcze będzie dobrze. Wiesz, nie spodziewałabym się tego, że dziś będę się śmiać, że będzie tak pięknie, mimo że w sercu  nadal co jakiś czas czuję ukłucie smutku. Ale musimy żyć dalej, John, nie ma innego wyjścia, staram się być racjonalistką, choć ktoś mógłby powiedzieć, że nie mam uczuć… Mam, ale nie mogę rozpaczać, bo mam ciebie, a ty jesteś najważniejszym elementem mojego życia. Tak, jak ty wczoraj zapewniałeś mnie, że liczyło się dla ciebie tylko to, czy ja przeżyję, że wolałbyś…
- I nic się nie zmieniło – powiedział szybko – Nie oddałbym cię nawet za dziesiątkę dzieci. Mogę umrzeć stary i bezdzietny, byle przy tobie.
- No właśnie, i za to cię kocham, bo ja czuję dokładnie to samo. Dlatego jest mi łatwiej to znieść, bo mam ciebie. Oboje mamy siebie… Pamiętasz, jak kilka dni temu pokłóciliśmy się i nie widzieliśmy się chyba ze dwa dni? Myślałam, że oszaleję.
- A ja byłem na ciebie tak wściekły, że chciałem odnaleźć cię i… pocałować tak mocno, żebyś straciła oddech. Nie mogłem normalnie funkcjonować.
- John, zrób to teraz – szepnęłam drżącym głosem.
- Co?
- Pocałuj mnie, żebym straciła oddech…
John nachylił się i najpierw delikatnie dotknął swoim nosem mojego, a po chwili subtelnie musnął moje usta swoimi rozchylonymi, ciepłymi wargami, raz, drugi, trzeci, aż poczułam zniecierpliwienie. Chciałam ognia, a dostawałam ledwo wyczuwalne, małe pieszczoty! Myliłam się jednak, sądząc że to wszystko; John nagle objął swymi ustami moje i wpił się w nie, jakby to miał być nasz ostatni raz. Jego ostry, dwudniowy zarost niesamowicie mocno drapał mą twarz, jednak ja uwielbiałam to uczucie, tym bardziej podniecało mnie to i nakręcało. Dotyk jego skóry, ruchy jego dłoni, języka, to co ze mną robił – to była poezja. Jego bliskość była tak fantastyczna, że nie byłam w stanie się od niego odsunąć choćby na milimetr, pragnęłam tego wieczoru, tej nocy być tak blisko Johna, jak to tylko możliwe…

Viewing all articles
Browse latest Browse all 1083

Trending Articles


TRX Antek AVT - 2310 ver 2,0


Автовишка HAULOTTE HA 16 SPX


POTANIACZ


Zrób Sam - rocznik 1985 [PDF] [PL]


Maxgear opinie


BMW E61 2.5d błąd 43E2 - klapa gasząca a DPF


Eveline ➤ Matowe pomadki Velvet Matt Lipstick 500, 506, 5007


Auta / Cars (2006) PLDUB.BRRip.480p.XviD.AC3-LTN / DUBBING PL


Peugeot 508 problem z elektroniką


AŚ Jelenia Góra